Jak już wspomniałam za moją miłość do kotów nie można nikogo obwinić. Kiedy tylko nabyłam umiejętność poruszania się o własnych siłach, za każdym razem gdy w promieniu 1km (dalej mój młody wzrok nie sięgał) pojawił się jakiś kotek ( nie koniecznie czarny ) wyrywałam się i gnałam co sił do przerażonego stworzonka. Zwykle uciekały U_U... Dopiero w wieku ośmiu lat w moim umyśle zamajaczył pewien plan... MAMO, KOTA!!!!!! Bezskutecznie łaziłam za mamą dniami i nocami. W końcu zlitowała się nade mną moja chrzestna (tak, tak... własna matka pozostała obojętna na me prośby i błagania) i na Komunię dostałam słodziutki różowo - karmelowy kłębuszek, który wyrusł na wielkie, rozpuszczone, terroryzujące wszystkich ( i kochane) bydle. W dodatku bydle owo słucha tylko mnie ( też nie zawsze ) i dzięki temu mam nad resztą rodzinki pewną przewagę (he, he, he)...

A to mój kotek w dwóch ujęciach: