drukuj

Saga rodu Betlejewskich - Willa, która nie zdążyła zamienić się w klinikę

Ten wspaniały dworek przyciągał tłumy letników. Szerokie wejście, nad nim daszek wsparty na kolumnach. Duże okna, przestronne wnętrza, rzeźby. Architekt włożył w projekt duszę, a doktor Jan Betlejewski serce i pieniądze. W latach 30. willa "Gryf" była perełką orłowskiej architektury. Stojąca kilkaset metrów od morza wiodła prym wśród tamtejszych pensjonatów. Wakacje spędzał tu dyrektor Wedla, przedwojennym autem przyjeżdżał szef jednej ze śląskich kopalni...
- Willa wpisana jest dziś do miejskiego rejestru zabytków. Zbudował ją w 1930 r. mój ojciec - doktor Zdzisław Betlejewski, syn Jana, wskazuje na zniszczony pałacyk przy ul. Przemysława 6. - Jeszcze widać wytarty napis "Willa Gryf". Dom zniszczyła wojna, a potem kwaterunek. Lokatorzy z przydziałami nie dbali o cudzą własność. Po latach udało nam się willę odzyskać, ale doprowadzenie jej do stanu pierwotnego przerasta nasze możliwości finansowe.

Przedwojenny doktorant

Był rok 1926, kiedy Jan Betlejewski (rocznik 1890) przyjechał do Gdyni. Ten przystojny doktor nauk medycznych urodził się w Wąbrzeźnie, niedaleko Torunia. Swojej matki Agaty prawie nie pamiętał. Zmarła, gdy był dzieckiem. Wychowywał go i dwójkę rodzeństwa ojciec Maksymilian, z zawodu kupiec.
- Tata zdał maturę w Gdańsku w 1910 r., w Gimnazjum św. Jana - opowiada pan Zdzisław. - Studiował medycynę we Wrocławiu, potem w Berlinie, Monachium i Gryfii (dziś Greiffwald). Gdy miał 27 lat obronił doktorat. Trwała już I wojna światowa.
Młody lekarz w pruskim mundurze ratował życie ludzi nie tylko w Gnieźnie i Toruniu, gdzie rzuciły go wojenne losy. Trafił na front francuski, gdzie pod Verdun, podczas najkrwawszej bitwy tej wojny, omal nie postradał życia. Gdy zbliżało się długo oczekiwane wyzwolenie, przebywał w Chełmży, gdzie poznał Agnieszkę Błędzką, swoją przyszłą żonę, siostrzenicę księdza z tamtejszej parafii. 9 lipca 1918 r. wzięli ślub.
- Rodzice zamieszkali w Lubawie - opowiada Zdzisław Betlejewski. - Tam ojcu zaproponowano stanowisko ordynatora szpitala św. Jerzego. Ale to nie był człowiek, któremu wystarczało jedno zajęcie. Pracował w Kasie Chorych PKP, w Powiatowej Kasie Chorych w Nowym Mieście Lubawskim, był aktywnym członkiem Polskiego Czerwonego Krzyża. Mama nie pracowała, wychowywała siedmioro dzieci, bo na świat wkrótce przyszły dwie córki i aż pięciu synów.

Pensjonat w klinice

W 1920 r. Jan Betlejewski zgłosił się do polskiego wojska. W stopniu kapitana pełnił funkcję w Straży Granicznej w Lubawie, potem był komendantem tamtejszego szpitala wojennego. Trzy lata później w Toruniu objął stanowisko inspektora sanitarnego gdańskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej. Gdy inspektorat zlikwidowano, został lekarzem domowym.
No i wtedy zakiełkowała mu w głowie myśl. Nie tak znowu daleko od Torunia budowała się w błyskawicznym tempie Gdynia. Przez kilka lat z niewielkiej wioski przekształciła się w tętniące życiem miasto, a Jan Betlejewski, uznany już specjalista kardiolog, nie umiał długo usiedzieć w jednym miejscu.
- Tatę zauroczyło morze - opowiada pan Zdzisław. - Spacerując jego brzegiem, wdychając orzeźwiające powietrze pełne jodu, wpadł na pomysł założenia w Gdyni kliniki kardiologicznej. Wybór padł na urocze Orłowo. Od właściciela majątku Kolibki, Witolda Kukowskiego kupił parcelę, położoną około 500 metrów od morskiego brzegu i rozpoczął budowę. Ponieważ nadal pracował w Toruniu, budowę nadzorował jego teść Jan Błędzki. A budowa nie była wówczas taka prosta. Cegły zwożono koleją aż z Torunia, a z gdyńskiego dworca do Orłowa dostarczano je furmankami.

Wojna w dniu otwarcia

A doktor Betlejewski harował na kilku etatach, by zakończyć budowany z rozmachem dom. W 1930 r. dwupiętrowy budynek z wysokim poddaszem, mający 25 pokoi, był gotowy.
- Budowa mocno nadwerężyła fundusze rodziny - mówi pan Zdzisław. - Tata miał długi, które trzeba było spłacić. Wyposażenie kliniki przerosło jego możliwości. Postanowił więc na początek otworzyć w willi pensjonat. Aż do wybuchu wojny, willa "Gryf" od czerwca do września przez 9 lat przyjmowała gości. Otwarcie kliniki zaplanowano na 1 września 1939 r. Na wakacje wszyscy zjechaliśmy do Gdyni. Nikt jeszcze nie brał poważnie ostrzeżeń o możliwości wybuchu wojny. Tata wynajął mieszkanie przy Skwerze Kościuszki. Do wyposażenia została jeszcze sala operacyjno-zabiegowa i klinika mogła przyjąć pierwszych pacjentów. Nigdy do tego nie doszło, wybuchła wojna... Wróciliśmy do Torunia.
24 sierpnia 1939 r. doktor Betlejewski, zamiast dopinać otwarcie kliniki na ostatni guzik, został powołany do wojska. Jako komendant jednego ze szpitali polowych wysłany został w rejon działań wojennych. Znów trafił tam, gdzie toczyła się krwawa bitwa, która przeszła do historii pod nazwą "Bitwy pod Bzurą". Stamtąd dostał się do niewoli, by po kilku dniach znów w Toruniu leczyć ludzi. Był jednym z trzech lekarzy w mieście opiekujących się wyłącznie Polakami.

Dur ominął Sopot

Tak było do stycznia 1944 r., kiedy to Jan został aresztowany przez gestapo i jako więzień polityczny osadzony najpierw w toruńskim więzieniu, a potem w Gdańsku i Bydgoszczy. Zwolniony we wrześniu, po kilku miesiącach wpadł w ręce żołnierzy sowieckich, którzy nie mogli wybaczyć mu udziału w wojnie polsko-bolszewickiej. Nie trzymali go długo. Gdy wreszcie był wolny zaproponowano mu stanowisko lekarza miejskiego w Toruniu.
- Był 23 marca 1945 r., dzień wyzwolenia miasta, kiedy ojciec wraz z grupą kilku osób z Ministerstwa Spraw Publicznych wjechał wozem strażackim do Sopotu - opowiada pan Zdzisław. - Ale jego rolą nie było gaszenie pożarów, a zatrzymanie epidemii duru brzusznego, która groziła miastu. W dwupiętrowym budynku przy ul. Chopina 16 utworzono prowizoryczny 20-łóżkowy szpital zakaźny. Dur na szczęście ominął Sopot. A ojciec już tu pozostał. Kilka dni potem na wybrzeże przyjechałem ja, a wkrótce po nas przeniosła się tu cała rodzina. Zamieszkaliśmy przy ul. Monte Cassino, na wprost kościoła św. Jerzego. Tata otoczył opieką medyczną sieroty z domu dziecka i pracował jako lekarz szkolny w liceum jezuitów w Orłowie. Ja w tym czasie zacząłem odbudowywać willę "Gryf"...

Założył Szpital Morski

A willa przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. W 1943 r., kiedy budynek służył niemieckiej młodzieży jako baza kolonijna, został częściowo spalony. W marcu 1945 roku rosyjscy żołnierze zabrali z niego wszystkie drzwi i... pokryli nimi schrony na plaży.
- Gdy już wreszcie udało mi się systemem gospodarczym doprowadzić dom do porządku, pieczę nad nim przejął... kwaterunek, przydzielając pokoje różnym lokatorom - opowiada pan Zdzisław. - Udało mi się zatrzymać jeden pokój i tam zamieszkałem.
Zdzisław Betlejewski poszedł w ślady ojca, zresztą nie jedyny w rodzinie. Skończył Akademię Medyczną w Gdańsku w 1952 r. W tym samym roku poślubił Barbarę Bator, późniejszą ordynator oddziału dziecięcego Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Gdańsku. Pracował najpierw w Poliklinice Dziecięcej przy ul. 10 Lutego w Gdyni (tam gdzie dziś mieści się Prokuratura Rejonowa), potem był kierownikiem Wydziału Zdrowia w Urzędzie Miasta Gdyni. To jemu zawdzięczamy powstanie Szpitala Morskiego w Redłowie. To on załatwił, że wojsko przekazało miastu koszary pod szpital.

Pokolenie medyków

- Lata przepracowałem jako lekarz w Marynarce Wojennej - kończy opowieść. - Zrobiłem specjalizację z epidemiologii. Potem aż do emerytury, na którą odszedłem w 1981 r., byłem zastępcą szefa służby zdrowia MW.
A Jan Betlejewski? Po wojnie wykładał anatomię w Państwowej Wyższej Szkole Plastycznej w Sopocie. W 1949 r. zorganizował przy ubezpieczalni społecznej w Gdańsku przychodnię kardiologiczną i przez 5 lat był jej kierownikiem. Potem uruchomił taką przychodnię przy Okręgowej Przychodni Lekarskiej PKP i kierował nią do 1965 roku, kiedy to przeszedł na emeryturę. Na osiem lat przed śmiercią zamieszkał w swojej ukochanej willi "Gryf". Zmarł w 1983 r., pochowany jest na cmentarzu przykościelnym w Orłowie.
Nie tylko pan Zdzisław zajął się medycyną. Również jego brat Stanisław jest lekarzem, kierownikiem kliniki otolaryngologicznej w Bydgoszczy. Jego siostra Stefania była żoną Leona Jagielskiego, gdyńskiego stomatologa. Tylko Jerzy wykształcił się na inżyniera mechanika.
A willa "Gryf"? Jest już w posiadaniu rodziny. Mieszkają w niej kolejne pokolenia Betlejewskich, które też pociąga medycyna.

Beata Jajkowska